CZY JEZUS UMARŁBY INACZEJ, GDYBY ŻYŁ W XXI WIEKU

Powyższe pytanie jest pytaniem z cyklu, co byłoby, gdyby historia zbawienia potoczyła się nie tak, jak się potoczyła. Zastanówmy się więc najpierw w ogóle nad sensownością tego rodzaju pytań. Niektórzy mówią, że nie ma sensu „gdybać”, stawiając się niejako na miejscu Pana Boga. Skoro Bóg objawił się nam w określony, wybrany przez Niego sposób, to winniśmy zgłębiać konkretną historię zbawienia, a nie spekulować nad różnymi nie zrealizowanymi możliwościami. Inni zauważają jednak, że warto niekiedy postawić hipotetyczne pytania, gdyż mogą one pomóc nam w głębszym zrozumieniu tego, co rzeczywiście się wydarzyło. Przyjmijmy tę drugą opcję, tym bardziej, że mówi się, iż nie ma głupich pytań; są tylko głupie odpowiedzi.

Założenie „gdyby Jezus żył w XXI wieku” odnosi się – jak rozumiem – do możliwości narodzenia się Jezusa w naszych czasach. Od razu nasuwa się pytanie o miejsce owych narodzin. By nie komplikować sytuacji, nie zmieniajmy całej historii zbawienia i przyjmijmy, że Narodem Wybranym nadal są Żydzi, a przyjście na świat Syna Bożego wpisuje się w historię biblijnych obietnic danych temu narodowi. Musimy jednak zauważyć, że gdyby Jezus miał narodzić się dzisiaj, to nie narodziłby się 2000 lat temu. A zatem mielibyśmy do czynienia ze światem bez chrześcijaństwa, bez ściśle związanej z chrześcijaństwem historii wielu narodów i państw, bez całej kultury opartej na Ewangelii. Jak w tej sytuacji wyglądałaby Europa oraz Ziemia Święta? Przyznam, że zupełnie nie potrafię sobie tego wyobrazić. Roman Brandstaetter w Kręgu biblijnym zwierza się: „Tylko raz jeden w moim życiu medytacja nad wydarzeniami ewangelicznymi okazała się bezowocna, chociaż i ona miała swój ukryty i mądry sens. Przed kilkoma laty postanowiłem napisać opowieść o tym, co by się stało ze światem, gdyby Chrystus nie istniał. Gdy zacząłem obmyślać akcję i konflikt, charaktery osób, stosunki polityczne i społeczne, wśród których to fikcyjne zdarzenie miało się dziać, doznałem wrażenia, jakby z głębi czasu zionęła ku mnie potworna otchłań niemożliwa do określenia. W żaden sposób nie mogłem sobie wyobrazić nieobecności Chrystusa w ludzkich dziejach”. Być może pierwszy owoc naszego „gdybania” polega właśnie na uświadomieniu sobie, jak głęboko Jezus Chrystus naznaczył dzieje świata.

Kolejne pytanie, jakie nasuwa się, brzmi: Czy historia Boga, który stał się człowiekiem, w ogóle musi kończyć się Jego zabiciem? Wydaje się, że nie. Przecież wezwanie Mesjasza: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” mogłoby zostać przyjęte. Poza tym, w innych okolicznościach Jezus mógłby zostać ukarany bez stosowania najwyższego wymiaru kary. A co byłoby, gdyby konsumpcyjne i zblazowane społeczeństwo w ogóle zbagatelizowało jego nauczanie? Choć nie sądzę, aby było to możliwe. Prawdziwa świętość zawsze porusza i budzi emocje. W obliczu tych hipotetycznych możliwości musimy zapytać się o istotę zbawienia. Mówimy niekiedy, że Jezus Chrystus zbawił nas na krzyżu. I słusznie mówimy, ale przecież to nie skrzyżowane, drewniane belki stanowią o sensie zbawienia. Bóg zbawił nas poprzez okazanie nam całkowitej miłości i solidarności z człowiekiem: stał się jednym z nas, żył wśród nas, przyjął ludzką śmierć i… zmartwychwstał. W ten sposób objawił swoją wolę przeprowadzenia każdego człowieka przez śmierć ku życiu wiecznemu. Skoro Bóg stał się człowiekiem, to możliwe jest, aby człowiek stał się Bogiem – nie bali się głosić Ojcowie Kościoła. Okazanie przez wcielonego Boga miłości i solidarności z człowiekiem aż do końca byłoby możliwe w różnych sytuacjach, również na szpitalnym łóżku.

Gdyby jednak Jezus narodzony w naszych czasach (które nie byłyby tak naprawdę naszymi) miał wzbudzić takie oburzenie i wzgardę, że taki czy inny rząd skazałby go na śmierć, to czy byłaby to śmierć krzyżowa? Niekoniecznie. Jezus został ukrzyżowany, bo 2000 lat temu był to jeden ze zwyczajnych sposobów wykonywania kaiy śmierci. Dziś kara ta wykonywana jest inaczej: rozstrzelanie, powieszenie, krzesło elektryczne albo zabójczy zastrzyk. W takim przypadku to nie krzyż byłby znakiem chrześcijaństwa. Zresztą wcale nim nie był przez pierwsze wieki. Chrześcijanie rozpoznawali się raczej po znaku ryby. Krzyż zaczął być znakiem rozpoznawczym uczniów Jezusa dopiero w IV wieku, od czasów Konstantyna. Co stałoby się z rozpoznawczym znakiem pierwszych chrześcijan w XXI wieku? Trudno powiedzieć.

Bóg wybrał jednak inne czasy. Możemy przypuszczać, że były one najlepsze z punktu widzenia Bożej pedagogiki zbawiania człowieka. W Liście do Galatów czytamy: „Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty…” (Ga 4, 4). Pełnia czasu nadeszła wtedy, dwadzieścia wieków temu w nieznanym nikomu Nazarecie. No cóż, już u Izajasza czytamy: „Myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami” (Iz 55, 8).

CZY NAUKA KOŚCIOŁA JEST SPRZECZNA Z TEORIĄ EWOLUCJI?

Czytając pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju można odnieść wrażenie, iż Biblia przedstawia nam kreacjonistyczną wersję stworzenia świata. Miałby on powstać na przestrzeni kilku dni, podczas których Bóg powoływał do istnienia materię, świat ożywiony, a w końcu samego człowieka. Czy obraz stworzenia świata zawarty w Biblii przeczy teorii ewolucji (pod tym pytaniem zazwyczaj kryje się pojęcie ewolucji biologicznej)? Czy należy opowiedzieć się po stronie kreacjonizmu, czy też ewołucjonizmu?

Starotestamentalny tekst Księgi Rodzaju wskazuje, że wszystkie istoty żywe pochodzą ostatecznie od Boga. Słowo „stworzyć” zawsze łączy się z Bogiem jako podmiotem i oznacza powołanie czegoś do życia bez istniejącego uprzednio materiału. Świat został stworzony przez Boga, ze względu na człowieka będącego Jego partnerem w dialogu. Taką podstawową myśl przekazuje nam natchniony tekst. Nie jest on naukowym opisem stworzenia świata, lecz przekazem treści o charakterze religijnym: Bóg jest Stwórcą świata i człowieka. Otwartą kwestią jest sposób, w jaki świat został stworzony…

Dominujący dziś pogląd stanowi teoria ewolucji, pojmowana jako ciągły rozwój organizmów, które mają coraz bardziej złożoną budowę i dzięki temu pełnią różne funkcje. Organizmy przystosowują się do życia w otaczającym je środowisku, a także do gatunków, które z nimi sąsiadują. Czy należy zatem oddzielić treść religijną przekazaną przez Objawienie od wyników badań naukowych zmierzających do odpowiedzi, w jaki sposób powstał świat?

Teoria ewolucji w pełni zgadza się z nauką Kościoła, gdy nie wyklucza ostatecznego odniesienia do Boga Stwórcy. To, co istnieje, odnoszone jest ostatecznie do Boga -przyczyny istnienia. Jedynie Bóg nie ma przyczyny istnienia. Jan Paweł II podczas audiencji generalnej (29 I 1986 r.) powiedział: „Dlatego wypowiedzi (Biblii) nie sprzeciwiają się w żaden sposób ogólnej teorii ewolucji świata, jeśli ogranicza się ona do przy-rodoznawczo-weryfikowalnych wyników”, bowiem „rzeczy u samych swoich podstaw noszą ślady zależności; wszystkie one w swojej najgłębszej istocie podporządkowane są Bogu”. Problem rodzi się wówczas, kiedy wyniki nauk przyrodniczych odnosi się do kwestii istnienia Boga lub kiedy prowadzą one do wyłącznie materialnego ujęcia człowieka. W ten sposób wykraczają poza sferę badawczych możliwości i „zabierają” nieuprawniony głos w kwestiach teologicznych czy też filozoficznych.

Zadaniem Kościoła nie jest weryfikowanie teorii naukowych i dlatego Urząd Nauczycielski Kościoła nie może „zatwierdzić” teorii ewolucji jako jedynego wytłumaczenia powstania świata. Zadaniem nauki Kościoła jest ukazanie prawdy, że Bóg jest Stwórcą; zadaniem współczesnych nauk jest prowadzenie badań, by można było stwierdzić, w jaki sposób powstał świat. Teoria ewolucji tłumaczy zatem sposób powstania świata, człowieka i pozostaje w zgodzie z nauką Kościoła, kiedy uznaje Boga jako ostateczną przyczynę powstania świata i nie redukuje człowieka do wymiaru biologicznego.