CO TO ZNACZY, ŻE BÓG MA SYNA

Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy wyjść w naszym rozważaniu od doświadczenia zmartwychwstałego Jezusa i Jego obecności, jako że rozumienie przedwielkanocnego Jezusa wynika wyłącznie z faktu Paschy. Doświadczenie żywego i zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa, aczkolwiek historycznie jest momentem wtórnym, dla wiary w Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego jest zasadniczo pierwszym1. Wiara ta jest darem Boga, który otwiera oczy i serce, aż do rozpoznania Jezusa i wyznania: „To jest Pan”. Cała późniejsza refleksja o Jezusie Chrystusie sytuuje się w tym podstawowym napięciu pomiędzy „znać” a „rozpoznać”, tj. pomiędzy wspomnieniem Jego obecności a doświadczaniem jej w realny sposób.

Dzieje Zmartwychwstałego przedłużają się w historii wiary, u której początku i końca staje On sam. Doznajemy Jego obecności na różnych płaszczyznach:

-jako doświadczenie duchowe, możliwe dzięki wierze chrześcijańskiej;

-jako dynamizm Kościoła, który głosi słowo i sprawuje sakramenty;

-jako życie wspólnoty chrześcijańskiej w świecie, jej aktywność w czynieniu miłosierdzia i pokoju, a także – a może przede wszystkim – w niesieniu nadziei zbawienia.

O ile w Starym Testamencie pojęcie Bożego Synostwa pojawia się w sposób marginalny, o tyle w Nowym Testamencie jest to centralna kategoria Ewangelii (Dobra Nowina). I tak u synoptyków prawda o Bożym Synostwie jest żywotnie połączona z przesłaniem Jezusa o Bogu Ojcu i o Królestwie Bożym. Szczególnie może w Kazaniu na górze zostaje podkreślona ta wyjątkowa jedność życia z Bogiem Ojcem, która wyraża się w określeniu „Abba”. Zmartwychwstanie objawia więc w sposób właściwy i pełny, kim Jezus był od samego początku: Jego historia jest rozumiana jako historia Syna, Jego życie jako życie Słowa Wcielonego, jego misja jako objawienie Ojca, a posłanie Ducha od Ojca i Syna – nakazem głoszenia.

Zawsze pozostaje jednak owo „więcej” i owo „więcej niż” w historii ziemskiego Jezusa kielichy mszalne. W egzystencji Jezusa można odnaleźć coś, co woła o nowe nazwanie tej rzeczywistości. Jezus leczy choroby, wyrzuca demony, staje wśród łudzi i oddaje ich Bogu, wprowadza życie w miejsca, gdzie wcześniej panowała śmierć. W swej nieustannej jedności z Bogiem objawia ludziom obecność Boga.

Jezus działa na mocy autorytetu, który nie wynika ani z przepowiadania, ani z jakiegoś ludzkiego ustanowienia. Jego autorytet i Jego wolność przenikają się nawzajem jako jedyna legitymizacja jego Synostwa. Jezus jest świadomy siebie i mówi o sobie „Syn Ojca”; pozostaje z Nim w relacji, która w odróżnieniu od relacji między ludźmi, przysługuje w absolutnej niepowtarzalności tylko Jemu* .

Jezus daje ludziom propozycję naśladowania Go, jakiej nie może uczynić żaden człowiek: „Chodź za mną” (Mt 19, 21; Mk 10, 21). Sąd Boga nad ludźmi dokonuje się w świetle tej odpowiedzi: decyzja wobec Jezusa jest jednocześnie decyzją wobec Boga. Tak więc Jezus ukazuje moc objawiającą Boga na mocy wzajemności z Nim6.

Dla św. Pawła Jezus jest Synem Bożym nie z racji jakiejś szczególnej właściwości, lecz z racji misji i zadania, którym odpowiada posłuszeństwo Syna (Rz 5, 19). Dlatego też ten kto przyjmuje postawę posłuszeństwa w wierze (Rz 1, 5), jest również synem Bożym na mocy dam i współdziedzicem Chrystusa.

Aby lepiej zrozumieć znaczenie Synostwa Bożego Jezusa Chrystusa, należy przyjrzeć się trzem perspektywom8.

Najpierw na bazie synowskiego posłuszeństwa mamy do czynienia z przeżytą historią Jezusa: z posłuszeństwem Ojcu, modlitwą, wiernością aż po Krzyż. Te sprawy są kluczowymi w rozumieniu Jezusa wobec Boga i jego realizacji jako człowieka. Jezus żyje jako Syn, modli się jako Syn i jest posłuszny aż do śmierci jako Syn.

Kolejnym doświadczeniem jest realność Zmartwychwstania i chwała Bożego Syna.

Absolutna nowość, jak i ostateczność Jezusa Chrystusa i Jego synostwa, przejawia się w rozumieniu Jego jako Kyrios – władcy wszystkiego.

W świetle tego co zostało przedstawione, możemy mówić o synostwie jako o najwyższej kategorii chrystologicznej. Warto jednak uzmysłowić sobie jeszcze, chociaż w niezwykłym skrócie, cały wysiłek Wspólnoty Kościoła dla zrozumienia rzeczywistości Jezusa Chrystusa.

Naukę Nowego Testamentu o Jezusie Chrystusie podsumowano w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, wykorzystując do jej sformułowania zarówno terminologię biblijną, jak i greckie pojęcia filozoficzne, odpierając przy okazji poglądy nieortodoksyjne.

W ten sposób powstały tezy dogmatyczne, które określają chrześcijańską wiarę w Jezusa Chrystusa.

Wiara ta jest zawarta w pierwszych wyznaniach i symbolach, dekretach soborów i dziełach Ojców Kościoła. Dotyczą one w szczególności Jezusa Chrystusa jako Boga i człowieka bielizna ołtarzowa. Jest On prawdziwym Bogiem, który rzeczywiście stał się człowiekiem (Wcielenie); jako Syn Boży (druga Osoba Trójcy — Słowo) został odwiecznie zrodzony przez Ojca; jest jednak współistotny Ojcu, tzn. Bóg jest jeden co do istoty, co potwierdziły Sobory Nicejski (325 r.) i Konstantynopolitański (381 r.). Zjednoczenie w osobie Jezusa Chrystusa bóstwa i człowieczeństwa (unia hipostatyczna) sprawia, że Maryję można nazwać Matką Bożą, Bogarodzicą (Sobór Efeski, 431 r.).

Wyznawszy fakt boskości i człowieczeństwa Jezusa Chrystusa, stwierdzono, że w Chrystusie istnieje on w jednej Osobie, bez zmieszania i bez rozłączenia, natura boska i natura ludzka, tzn. prawdziwe człowieczeństwo z duszą i ciałem (Sobór Chalcedoński, 451 r.); wola boska i ludzka odpowiadają tym dwóm naturom, są więc odrębne; ludzka podąża jednak za boską (III Sobór Konstantynopolitański, 681 r.).

 

CZY JEZUS UMARŁBY INACZEJ, GDYBY ŻYŁ W XXI WIEKU

Powyższe pytanie jest pytaniem z cyklu, co byłoby, gdyby historia zbawienia potoczyła się nie tak, jak się potoczyła. Zastanówmy się więc najpierw w ogóle nad sensownością tego rodzaju pytań. Niektórzy mówią, że nie ma sensu „gdybać”, stawiając się niejako na miejscu Pana Boga. Skoro Bóg objawił się nam w określony, wybrany przez Niego sposób, to winniśmy zgłębiać konkretną historię zbawienia, a nie spekulować nad różnymi nie zrealizowanymi możliwościami. Inni zauważają jednak, że warto niekiedy postawić hipotetyczne pytania, gdyż mogą one pomóc nam w głębszym zrozumieniu tego, co rzeczywiście się wydarzyło. Przyjmijmy tę drugą opcję, tym bardziej, że mówi się, iż nie ma głupich pytań; są tylko głupie odpowiedzi.

Założenie „gdyby Jezus żył w XXI wieku” odnosi się – jak rozumiem – do możliwości narodzenia się Jezusa w naszych czasach. Od razu nasuwa się pytanie o miejsce owych narodzin. By nie komplikować sytuacji, nie zmieniajmy całej historii zbawienia i przyjmijmy, że Narodem Wybranym nadal są Żydzi, a przyjście na świat Syna Bożego wpisuje się w historię biblijnych obietnic danych temu narodowi. Musimy jednak zauważyć, że gdyby Jezus miał narodzić się dzisiaj, to nie narodziłby się 2000 lat temu. A zatem mielibyśmy do czynienia ze światem bez chrześcijaństwa, bez ściśle związanej z chrześcijaństwem historii wielu narodów i państw, bez całej kultury opartej na Ewangelii. Jak w tej sytuacji wyglądałaby Europa oraz Ziemia Święta? Przyznam, że zupełnie nie potrafię sobie tego wyobrazić. Roman Brandstaetter w Kręgu biblijnym zwierza się: „Tylko raz jeden w moim życiu medytacja nad wydarzeniami ewangelicznymi okazała się bezowocna, chociaż i ona miała swój ukryty i mądry sens. Przed kilkoma laty postanowiłem napisać opowieść o tym, co by się stało ze światem, gdyby Chrystus nie istniał. Gdy zacząłem obmyślać akcję i konflikt, charaktery osób, stosunki polityczne i społeczne, wśród których to fikcyjne zdarzenie miało się dziać, doznałem wrażenia, jakby z głębi czasu zionęła ku mnie potworna otchłań niemożliwa do określenia. W żaden sposób nie mogłem sobie wyobrazić nieobecności Chrystusa w ludzkich dziejach”. Być może pierwszy owoc naszego „gdybania” polega właśnie na uświadomieniu sobie, jak głęboko Jezus Chrystus naznaczył dzieje świata.

Kolejne pytanie, jakie nasuwa się, brzmi: Czy historia Boga, który stał się człowiekiem, w ogóle musi kończyć się Jego zabiciem? Wydaje się, że nie. Przecież wezwanie Mesjasza: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” mogłoby zostać przyjęte. Poza tym, w innych okolicznościach Jezus mógłby zostać ukarany bez stosowania najwyższego wymiaru kary. A co byłoby, gdyby konsumpcyjne i zblazowane społeczeństwo w ogóle zbagatelizowało jego nauczanie? Choć nie sądzę, aby było to możliwe. Prawdziwa świętość zawsze porusza i budzi emocje. W obliczu tych hipotetycznych możliwości musimy zapytać się o istotę zbawienia. Mówimy niekiedy, że Jezus Chrystus zbawił nas na krzyżu. I słusznie mówimy, ale przecież to nie skrzyżowane, drewniane belki stanowią o sensie zbawienia. Bóg zbawił nas poprzez okazanie nam całkowitej miłości i solidarności z człowiekiem: stał się jednym z nas, żył wśród nas, przyjął ludzką śmierć i… zmartwychwstał. W ten sposób objawił swoją wolę przeprowadzenia każdego człowieka przez śmierć ku życiu wiecznemu. Skoro Bóg stał się człowiekiem, to możliwe jest, aby człowiek stał się Bogiem – nie bali się głosić Ojcowie Kościoła. Okazanie przez wcielonego Boga miłości i solidarności z człowiekiem aż do końca byłoby możliwe w różnych sytuacjach, również na szpitalnym łóżku.

Gdyby jednak Jezus narodzony w naszych czasach (które nie byłyby tak naprawdę naszymi) miał wzbudzić takie oburzenie i wzgardę, że taki czy inny rząd skazałby go na śmierć, to czy byłaby to śmierć krzyżowa? Niekoniecznie. Jezus został ukrzyżowany, bo 2000 lat temu był to jeden ze zwyczajnych sposobów wykonywania kaiy śmierci. Dziś kara ta wykonywana jest inaczej: rozstrzelanie, powieszenie, krzesło elektryczne albo zabójczy zastrzyk. W takim przypadku to nie krzyż byłby znakiem chrześcijaństwa. Zresztą wcale nim nie był przez pierwsze wieki. Chrześcijanie rozpoznawali się raczej po znaku ryby. Krzyż zaczął być znakiem rozpoznawczym uczniów Jezusa dopiero w IV wieku, od czasów Konstantyna. Co stałoby się z rozpoznawczym znakiem pierwszych chrześcijan w XXI wieku? Trudno powiedzieć.

Bóg wybrał jednak inne czasy. Możemy przypuszczać, że były one najlepsze z punktu widzenia Bożej pedagogiki zbawiania człowieka. W Liście do Galatów czytamy: „Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty…” (Ga 4, 4). Pełnia czasu nadeszła wtedy, dwadzieścia wieków temu w nieznanym nikomu Nazarecie. No cóż, już u Izajasza czytamy: „Myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami” (Iz 55, 8).

CO TO ZNACZY, ŻE BÓG JEST NIESKOŃCZENIE DOSKONAŁY

Odpowiadając na powyższe pytanie, nie zależy nam zapewne na scholastycznych, abstrakcyjnych dociekaniach, lecz na odpowiedzi, która dotyczyłaby naszego życia i wnosiła w nie jakieś praktyczne przesłanie. W tym kierunku chciałbym poprowadzić tok rozumowania.

Warto sobie uświadomić, że w potocznym myśleniu pokutuje wiele przekonań na temat Pana Boga, których ostateczne źródło znajduje się w nieśmiertelnym Katechizmie podstawowym, opracowanym przez ks. dra Cz. Piotrowskiego (mam przed oczami wydanie XXIII, Księgarnia Świętego Wojciecha, Poznań 1972). Jest to „źródło teologiczne” dla wielu fundamentalnych poglądów i kwestii światopoglądowych, które przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie, przez całe lata kształtowały nasz sposób myślenia.

Krótka, ale ważna dygresja. Pamiętam słowa pewnego proboszcza, który zdradził mi swój sekret: „Wie ksiądz, te całe studia w seminarium, ta cała teologia… dla mnie to wszystko nie ma żadnego zastosowania. Ja to ciągle uczę dzieci z Katechizmu ks. Piotrowskiego! To jest konkret i sedno: ani słowa w prawo czy w lewo, tylko tak tak, nie nie. A całe to dzisiejsze egzystencjalne rozgadanie – psu na budę!” Wiele starszych osób do dziś potrafi recytować z pamięci formułki pytań i odpowiedzi, i na nich budować prosty (uproszczony) obraz Boga, świata i życia. „16. Kto to jest Pan Bóg? Pan Bóg jest to Duch nieskończenie doskonały, Stworzyciel nieba i ziemi. (…) 18. Dlaczego Pana Boga nazywamy Duchem nieskończenie doskonałym? Pana Boga nazywamy Duchem nieskończenie doskonałym dlatego, że posiada wszelkie doskonałości: jest wieczny, wszędzie obecny, sprawiedliwy, miłosierny. (…) 21. Co to znaczy, że Bóg jest sprawiedliwy? Bóg jest sprawiedliwy to znaczy, że Bóg za dobre wynagradza, a za zle karze, jeśli nie w tym, to w przyszłym życiu. 22. Co znaczy: Bóg jest miłosierny? Bóg jest miłosierny znaczy, że Bóg łaskawie odpuszcza grzechy, gdy za nie żałujemy”.

Sądzę, że te katechizmowe formułki nadal mocno rzutują na naszą wizję Boga, wiary i życia. I to w stopniu niepomiernie większym, niż słowo Boże, dokumenty soborowe i współczesne nauczanie Kościoła koszule kapłańskie. Może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że w dzisiejszym dynamicznym świecie te archaiczne formuły jakoś nie przystają do rzeczywistości i nie dają zadowalającej odpowiedzi na nasze pytania i wątpliwości. A bywa, że utwierdzają nas w jakimś oderwanym od życia systemie religijności, która nie potrafi kształtować w nas realnych postaw życiowych. Sądzę, że właśnie taka wizja doskonałości Bożej jest jedną z tych idei, które wypaczają nasze pojęcie świętości i życia wiary.

Kiedy mówimy o doskonałości, a w odniesieniu chrześcijańskim o świętości, to zwykle mamy na myśli jakąś abstrakcyjną wizję doskonałości, coś na wzór idealnego kryształu, w którym każdy atom jest na swoim miejscu i nic nie zakłóca ładu i harmonii nieożywionej natury albo też wizję „technologiczną” – niewiarygodne osiągnięcie nauki i techniki, superprocesor o niewyobrażalnych możliwościach.

Niestety, ten statyczny, „inżynierski” obraz często przenosimy do świata osób, wyobrażając sobie idea) człowieczeństwa i świętości na podobieństwo takiego doskonałego kryształu jako nieskazitelną bezbłędność, nadzwyczajne uzdolnienia, wolność od wad i słabości. W konsekwencji przyjęcie takiej wizji pociąga za sobą nieustanny, wewnętrzny konflikt i rozdarcie: z jednej strony jesteśmy przekonani, że mamy dążyć do takiego ideału; z drugiej – boleśnie doświadczamy swojej niedoskonałości, gorzej: całkowitej nieprzystawalności nawet do cienia ideału. I w efekcie rezygnujemy ze świętości w przekonaniu, że nawet największe wysiłki i tak nie przyniosą zadowalającego rezultatu.

Gdy Chrystus w swoim Kazaniu na górze (Mt 6, 43-48) kieruje do nas wezwanie: „Bądźcie i wy doskonali jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”, to na pewno nie ma na myśli takiego modelu doskonałości. Zwłaszcza, że nikt z ludzi nie jest w stanie zbliżyć się do tego ideału nawet na odległość roku świetlnego. Nigdy nie będziemy doskonali tak jak Bóg, a nawet biada nam, gdybyśmy spróbowali – skończylibyśmy jak Lucyfer! Jedyną „skuteczną” drogą realizowania takiego ideału może być tylko udawanie: taktyka, którą faryzeusze doprowadzili do perfekcji. Ale przecież nie o to chodzi, byśmy odgrywali świętoszków ani też nie o to, byśmy rezygnowali ze świętości. Chodzi 0 to, byśmy postawili sobie przed oczami autentyczny wzór świętości, czyli to, czego uczył nas słowem i przykładem sam Chrystus.

Gdy Chrystus mówił o naśladowaniu doskonałości Boga, to umieścił to wezwanie w ściśle określonym kontekście: chodziło o wielkoduszność w miłości, posuniętą aż do miłości nieprzyjaciół banery kościelne. Bo skoro Bóg zsyła deszcz pospołu na sprawiedliwych i niesprawiedliwych, i ogrzewa życiodajnym słońcem złych na równi z dobrymi, to właśnie tu jest pole do realizacji ideału boskiej doskonałości. Ma to być doskonałość w miłości, a konkretnie: w przebaczeniu, czyłi w postawie wobec złych, wobec naszych winowajców. Zamiast ich nienawidzić i pragnąć dla niech kary czy zemsty, mamy się za nich modlić

1 okazywać im życzliwość. W tym ma się wyrażać nasza doskonałość wzorowana na boskiej: jest to podniesienie na wyższy, nadprzyrodzony poziom, miłości naturalnej, która polega jedynie na „odpłacaniu” dobrem za dobro i życzliwością za życzliwość.

Chrystus w swoim nauczaniu wielokrotnie nawiązywał do takiego rozumienia doskonałości i lokował jej ostateczne źródło w Bogu. Niezliczone przypowieści – o miłosiernym Ojcu, hojnym gospodarzu winnicy, dobrym pasterzu i wiele innych – ukazują nam Boga jako tego, który kocha człowieka miłością bezgraniczną i łaskawą, miłością – darem, która styka się z człowiekiem dalekim od doskonałości i podnosi go ku sobie.

Aby jednak to zrozumieć, słowa okazują się niewystarczające: apostołowie niejednokrotnie dali poznać, że nie pojmują i nie akceptują takiego ideału. To pokazuje, jak odległe jest nieraz nasze myślenie i wyobrażenie o Bożej doskonałości od rzeczywistego kształtu Bożego życia i działania. Dlatego po słowach Jezusa musiały nastąpić Jego czyny, które naocznie, w praktycznym działaniu, ukazały ideał i wypełnienie, czyli doprowadzenie do pełni doskonałej miłości Boga do człowieka: „Umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13, 1). Chrystus ukazał nam tę miłość w sposób drastyczny i zaskakujący, wręcz gorszący, adekwatnie do drastycznych i gorszących słów swego wcześniejszego nauczania.

Najpierw w Wieczerniku, w niewolniczym, służebnym geście umycia nóg, Chrystus pokazał, w którym kierunku mamy iść. Potem na krzyżu dokonał ostatecznego, doskonałego wypełnienia. A zatem znakiem doskonałości Boga, czyli ostatecznej miłości, wypełnionej i zrealizowanej do końca możliwości, stał się krzyż – najbardziej ohydne narzędzie śmierci. Śmierć krzyżowa, przynajmniej w swoich zewnętrznych, realistycznych przejawach, wydaje się być bardzo odległa od jakiegokolwiek ideału, zwłaszcza rozpatrywanego w kategoriach estetycznych. Co prawda, dziś krzyż nie robi już na nas takiego wrażenia jak ongiś, ale dla uczniów Jezusa i dla Żydów było to wielkie zgorszenie, wręcz przekreślenie całego posłannictwa i misji Mesjasza. Dopiero chwalebne Zmartwychwstanie ukazało ideał w pełnym blasku ostatecznej, docelowuj realizacji. I dlatego dla wszystkich naśladowców Jezusa krzyż stał się drogowskazem i znakiem miłości.

Wiele wzmianek w pismach Nowego Testamentu ukazuje miłość jako ideał i szczyt życia chrześcijańskiego, jako „więź doskonałości”, „drogę i kres doskonałości”, „drogę jeszcze doskonalszą”. Ostatecznie: „Bóg jest miłością. Kto trwa w miłości trwa w’ Bogu” (J 4, 9). W samym centrum życia wiaiy, w centrum Boga znajduje się miłość. Zmierzać do doskonałości, zbliżać się do Boga, to znaczy coraz pełniej żyć miłością.

Reasumując, Bóg jest nieskończenie doskonały, czyli jest samą miłością. Mówiąc ściślej, Bóg tak umiłował świat, że dał swego Syna, by przez Jego krzyżową śmierć i Zmartwychwstanie odkupić człowieka i przywrócić mu utraconą przez grzech godność dziecka Bożego. Dążyć do doskonałości, to znaczy naśladować Boga w miłości miłosiernej, w przebaczaniu, wielkoduszności i służbie.

CO OZNACZA IMIĘ JAHWE

Intrygują nas nasze własne imiona, które otrzymaliśmy na chrzcie św. i dlatego sięgamy po różnego rodzaju słowniki oraz leksykony, aby zrozumieć ich etymologię. Wiedząc Komu przypisujemy imię JAHWE, ciekawi nas tym bardziej jego znaczenie i pochodzenie. W starożytnym Izraelu i na Bliskim Wschodzie imiona osób, nazwy miejsc i rzeczy wiążą się w pewien sposób z ich istotą lub osobowością. Może to trochę przypominać nasze współczesne nadawanie komuś przydomka lub – w skrajnej, negatywnej postaci – przezwiska. Wyobraźmy sobie, w jaki sposób powstały nazwy typu: „chudzie-lec”, „rudzielec”, itp. Kiedy popatrzymy na nazwy starożytne, na dodatek nie wyrażone za pomocą języka polskiego, stykamy się ze zlepkiem nic nie mówiących nam liter. Przetłumaczenie danego wyrazu na język polski – o ile jest to możliwe – nie zawsze pozwala od razu odkryć, jak przebiegał proces powstawania nazwy własnej, jakie były np. cechy osoby, którą nazwa miała opisać.

Należy zatem najpierw uzmysłowić sobie, z jakim kręgiem kulturowym mamy do czynienia i przy pomocy jakiego języka została pierwotnie wyrażona dana nazwa własna. Do tego też zabiegu musimy odwołać się w przypadku „odszyfrowywania” imienia JAHWE. Zapis — i w konsekwencji brzmienie analizowanego przez nas imienia – jest skutkiem co najmniej kilku zabiegów lingwistycznych kustodia. Te natomiast zostały wymuszone poprzez religijne podejście osób, które musiały to imię wymówić. Mamy zatem do czynienia z określonym kręgiem kulturowym, który potrafimy zdefiniować i z określonym językiem, który również nie jest tajemnicą dla specjalistów. W analizie tego imienia będziemy posuwali się od ostatniego, końcowego etapu formowania się słowa JAHWE, aż dotrzemy do pierwotnej jego formy, do czegoś, co możemy nazwać samym rdzeniem tego wyrazu. To sedno wyrazi właśnie istotę osoby, do której to imię przynależy.

Omawiane przez nas imię JAHWE przynależy do języka hebrajskiego i występuje w Biblii 6828 razy. Język hebrajski, kiedy zaczął funkcjonować w swojej pierwotnej formie pisanej, nie posiadał samogłosek. Był to język spółgłoskowy. Samymi więc spółgłoskami zapisano też pierwotny tekst Biblii. Każdy człowiek, posiadający zdolność czytania, dodawał w odpowiednie miejsca samogłoski, aby móc wymówić dany wyraz. Sprawa stawała się jednak skomplikowana, kiedy chciano wymówić hebrajskie samogłoski JHWH. Tworzyły one tzw. tetragram (wyraz pochodzenia greckiego, oznaczający dosłownie „cztery litery”). Taki układ czterech spółgłosek oznaczał imię Boga. To imię dla Żydów było jednak tak święte, że po prostu go nie wymawiano. Chcąc uniknąć nadużywania imienia Boga, posługiwano się słowem zastępczym Adonaj („mój Panie” lub „mój wielki Pan”), aby nie zgrzeszyć przeciwko długiemu przykazaniu Dekalogu, które brzmi: „Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego nadaremno” (Wj 20, 7). Określenie to stanowiło majestatyczną formę liczby mnogiej słowa Adon. Wymawianie imienia zastępczego w miejsce właściwego wpłynęło także na późniejszą pisownię tegoż imienia. Otóż, kiedy do pierwotnego żydowskiego języka spółgłoskowego dopisano samogloski, uzupełniono także tetragram J-H-W-H. Uzupełniono go jednak o samogłoski zaczerpnięte ze słowa a-D-o-N-a-J. Przy czym, według ortografii hebrajskiej, z pierwszego „a” powstało „e” i wystarczyła niekompetencja średniowiecznych tłumaczy, by powstał zapis JeHoWaH. Użycie takich a nie innych samogłosek miało na celu przypominanie czytelnikowi, że nie powinien wymawiać świętego imienia, lecz wciąż zastępować go słowem Adonaj. W rzeczywistości jednak powstało imię, które należało czytać i wymawiać JAHWEH.

Tak utworzona nazwa bardzo przypomina 3 osobę liczby pojedynczej czasownika „być”, przy czym samogłoska „a” sugeruje dodatkowo temat sprawczy czy też przyczynowy tego czasownika. Należałoby więc tę formę rozumieć jako „sprawi bycie”. Dla lepszego zrozumienia momentu powstania tego imienia warto odwołać się do sceny biblijnej, w której Pan Bóg niejako przedstawia się Mojżeszowi: „Jestem, który jestem” (por. Wj 3, 14-15). Autor natchniony bardzo wyraźnie zwraca uwagę na podstawowy przymiot Osoby, którą opisuje, na Jego istnienie stuła fioletowa. Porównajmy to ze słowami ostatniej biblijnej księgi, a mianowicie Apokalipsy. Święty Jan wyraża imię Boga słowami: „Który jest, Który był i Który przychodzi” (por. Ap 1, 8). Imię JAHWE, wywodzące się najprawdopodobniej z formy niedokonanej hebrajskiego czasownika „być”, oznacza zatem stałą obecność Boga, a na dodatek obecność, która „stwarza bycie”. Jest to bardzo wyraźna aluzja to tego, aby widzieć w tym imieniu Stwórcę i Władcę historii. Bóg Starego Testamentu, objawiający się w imieniu Jahwe, to przede wszystkim Bóg, który wskazuje na swoje istnienie. W Nowym Testamencie objawi się jako Miłość. Dopiero w połączeniu tych dwóch podstawowych przymiotów Boga, możemy mówić o pełni Objawienia, także w stosunku do objawienia imienia Bożego. BÓG JEST MIŁOŚCIĄ – oto jego pełne Imię.

SKĄD WIEMY, ŻE ISTNIEJĄ: BÓG, NIEBO, ZBAWIENIE

Pytanie o istnienie Boga należy do fundamentalnych pytań, jakie stawia sobie człowiek. Poznając i nieustannie obserwując świat i siebie, człowiek dochodzi do granicy tego, co niepoznawalne zmysłowo, niedotykalne, niedoświadczalne. Wnikliwa obserwacja prowadzi do postawienia pytania o źródło pochodzenia otaczającego świata i samego człowieka (ludzkości). Namacalna rzeczywistość niejako wymusza istnienie rzeczywistości pozaziemskiej, boskiej.

Przypomnijmy tylko, że do uznania istnienia Boga prowadzi poszukiwanie przyczyn zjawisk zachodzących we wszechświecie (przyjmujemy założenie, że nic nie dzieje się bez przyczyny). Ponieważ w powstającym łańcuchu przyczyn nie można iść w nieskończoność, trzeba uznać istnienie przyczyny pierwszej. Tą pierwszą przyczyną wszystkich rzeczy jest Bóg – Stwórca. Inną drogą poznania istnienia Boga jest samo istnienie człowieka, obdarzonego życiem wewnętrznym, duchowym. Niezależnie od stopnia rozwoju cywilizacji i własnej inteligencji, człowiek posiada wymiar istnienia nieporównywalny z życiem jakichkolwiek innych istot żywych. Materia nie mogła na drodze ewolucyjnej wytworzyć życia ducha, a więc musi ono pochodzić z zewnątrz – od Duchowego Dawcy. Oczywiste jest, że jest nim Bóg.

Możliwość poznania istnienia Boga bez pomocy Objawienia stanowi integralną część nauczania Kościoła. Sobór Watykański I w odwołaniu do tekstów biblijnych naucza, że „Naturalnym światłem rozumu ludzkiego można z rzeczy stworzonych na pewno poznać Boga, początek i koniec wszystkich rzeczy”. Kontynuacją tego nauczania jest wypowiedź Soboru Watykańskiego II, stawiającego czoła zjawisku ateizmu .

Zupełnie innymi zagadnieniami są istnienie zbawienia i nieba. Nasza wiedza w tej materii polega na Objawieniu Bożym, przekazanym nam przez Pismo Święte i Tradycję Kościoła.

Zbawienie jest sposobem działania Boga na ziemi. Polega ono na podźwignięciu człowieka upadłego, naznaczonego grzechem. Człowiek dotknięty słabością potrzebuje i oczekuje pomocy, czyli wybawienia. Bóg nie pozostawia człowieka samego w jego pragnieniach, ale wypełnia je, posyłając na świat Zbawiciela. Człowiek bowiem nie byłby w stanie sam z siebie odzyskać utraconej przez grzech wspólnoty z Bogiem. Zbawicielem człowieka jest Jezus, Syn Boży, „który dla nas i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba i za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy” (por. Credo). O tym, że istnieje zbawienie poucza nas Pismo Święte. Już w Starym Testamencie modlono się do Boga o zbawienie i zesłanie Zbawiciela. Nowy Testament od początku akcentuje zbawczą misję Jezusa. Już na pierwszych kartach Ewangelii Jezus nazywany jest Zbawicielem.

Ostatnia część postawionego pytania dotyczy problemu nieba. Nazwą tą określamy całą rzeczywistość pozaziemską, przekraczającą wszystko co widzialne, uchwytne

i obliczalne, a jednocześnie pozbawioną trudu, cierpienia czy smutku. Nie jest ono zapewne miejscem, ale pewnym „innym” wymiarem istnienia. Nie mamy wątpliwości, że w niebie jest Bóg. Możemy powiedzieć nawet więcej, że niebem jest On sam. O istnieniu nieba świadczy działalność i nauczanie Jezusa. Pan Jezus, nauczając o niebie, używał często terminów: Królestwo Niebieskie, Królestwo Boże. W Ewangelii według św. Jana o niebie mówi się jak o domu Ojca.

Istnienie Boga jest prawdą wiary, do której można dojść na drodze dociekań rozumowych. Rozeznając istnienie Boga, człowiek nabiera do Niego zaufania, powierza się Bogu. Jego Boski Autorytet objawia i poświadcza istnienie niematerialnych rzeczywistości zbawienia i nieba.

CZY NAUKA KOŚCIOŁA JEST SPRZECZNA Z TEORIĄ EWOLUCJI?

Czytając pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju można odnieść wrażenie, iż Biblia przedstawia nam kreacjonistyczną wersję stworzenia świata. Miałby on powstać na przestrzeni kilku dni, podczas których Bóg powoływał do istnienia materię, świat ożywiony, a w końcu samego człowieka. Czy obraz stworzenia świata zawarty w Biblii przeczy teorii ewolucji (pod tym pytaniem zazwyczaj kryje się pojęcie ewolucji biologicznej)? Czy należy opowiedzieć się po stronie kreacjonizmu, czy też ewołucjonizmu?

Starotestamentalny tekst Księgi Rodzaju wskazuje, że wszystkie istoty żywe pochodzą ostatecznie od Boga. Słowo „stworzyć” zawsze łączy się z Bogiem jako podmiotem i oznacza powołanie czegoś do życia bez istniejącego uprzednio materiału. Świat został stworzony przez Boga, ze względu na człowieka będącego Jego partnerem w dialogu. Taką podstawową myśl przekazuje nam natchniony tekst. Nie jest on naukowym opisem stworzenia świata, lecz przekazem treści o charakterze religijnym: Bóg jest Stwórcą świata i człowieka. Otwartą kwestią jest sposób, w jaki świat został stworzony…

Dominujący dziś pogląd stanowi teoria ewolucji, pojmowana jako ciągły rozwój organizmów, które mają coraz bardziej złożoną budowę i dzięki temu pełnią różne funkcje. Organizmy przystosowują się do życia w otaczającym je środowisku, a także do gatunków, które z nimi sąsiadują. Czy należy zatem oddzielić treść religijną przekazaną przez Objawienie od wyników badań naukowych zmierzających do odpowiedzi, w jaki sposób powstał świat?

Teoria ewolucji w pełni zgadza się z nauką Kościoła, gdy nie wyklucza ostatecznego odniesienia do Boga Stwórcy. To, co istnieje, odnoszone jest ostatecznie do Boga -przyczyny istnienia. Jedynie Bóg nie ma przyczyny istnienia. Jan Paweł II podczas audiencji generalnej (29 I 1986 r.) powiedział: „Dlatego wypowiedzi (Biblii) nie sprzeciwiają się w żaden sposób ogólnej teorii ewolucji świata, jeśli ogranicza się ona do przy-rodoznawczo-weryfikowalnych wyników”, bowiem „rzeczy u samych swoich podstaw noszą ślady zależności; wszystkie one w swojej najgłębszej istocie podporządkowane są Bogu”. Problem rodzi się wówczas, kiedy wyniki nauk przyrodniczych odnosi się do kwestii istnienia Boga lub kiedy prowadzą one do wyłącznie materialnego ujęcia człowieka. W ten sposób wykraczają poza sferę badawczych możliwości i „zabierają” nieuprawniony głos w kwestiach teologicznych czy też filozoficznych.

Zadaniem Kościoła nie jest weryfikowanie teorii naukowych i dlatego Urząd Nauczycielski Kościoła nie może „zatwierdzić” teorii ewolucji jako jedynego wytłumaczenia powstania świata. Zadaniem nauki Kościoła jest ukazanie prawdy, że Bóg jest Stwórcą; zadaniem współczesnych nauk jest prowadzenie badań, by można było stwierdzić, w jaki sposób powstał świat. Teoria ewolucji tłumaczy zatem sposób powstania świata, człowieka i pozostaje w zgodzie z nauką Kościoła, kiedy uznaje Boga jako ostateczną przyczynę powstania świata i nie redukuje człowieka do wymiaru biologicznego.